Brzmi jak żart. Tyle że nie mówimy o gadżecie z marketu RTV, tylko o maszynach, które mają zastąpić ludzi w sprzątaniu wielkich powierzchni. Galerie handlowe, hale, lotniska – tam właśnie pojawiają się roboty autonomiczne, kosztujące tyle, co nowy SUV. I wiesz co? Coraz częściej słyszę od właścicieli firm sprzątających: „Bez tego ani rusz, bo konkurencja już kupiła”. Czy to realna potrzeba, czy zwyczajny wyścig zbrojeń?

Koszty pracy kontra cena maszyny
Policzmy na chłodno. Jeden etat sprzątacza to – licząc razem z ZUS-em i rotacją kadr – kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie. Jeśli robot zastępuje dwie osoby, to w teorii po 4–5 latach mamy zwrot inwestycji. Matematyka się zgadza.
Ale diabeł tkwi w szczegółach. Bo maszyna za 150 000 zł to nie złoty puchar w gablocie, tylko sprzęt, który się psuje, zużywa i woła o serwis. A serwis w tej branży nie kosztuje „paru groszy”. Trzeba mieć świadomość, że rachunek za przeglądy i części potrafi zaboleć bardziej niż wypłata dla człowieka.
Maszyny autonomiczne kontra zwykły mop
Nie ma co udawać – roboty sprzątają równo. Nie mają gorszego dnia, nie marudzą, nie omijają zakamarków „bo nikt nie zauważy”. Autonomiczne mapowanie powierzchni i czujniki pozwalają im robić swoje konsekwentnie i bez narzekania. Tyle że… schodów nie umyją, parapetów nie przetrą, śmieci spod krzesła nie wyciągną. I właśnie tu wracamy do ludzi. Maszyny autonomiczne robią swoje świetnie, ale nigdy nie będą pełnym substytutem personelu. Więc pytanie brzmi: kupujesz robota, żeby mieć mniej problemów, czy dokładasz sobie kolejny element układanki?
Technologia to nie bajka, to ryzyko
Awaria robota w galerii handlowej? Katastrofa. Czas oczekiwania na serwis – tygodnie. Koszt naprawy – jak miesięczna pensja dwóch pracowników. I nagle oszczędności rozpływają się szybciej niż piana po detergentach. Ale bądźmy uczciwi – ludzie też zawodzą. Chorobowe, brak motywacji, fluktuacja – to nie jest tańsze. Tyle że z ludźmi można pogadać, zmotywować, zatrzymać. A z robotem? Wgrywasz update albo płaczesz nad fakturą z serwisu
Wizerunek: bajer czy realna przewaga?
Nie ma co ukrywać – roboty robią wrażenie. Klient wchodzi do hali, widzi, jak maszyna cicho sunie po posadzce, i myśli: „Ta firma to przyszłość”. To działa jak darmowa reklama. I to jest realny argument. Jeśli masz kontrakty, gdzie liczy się nie tylko cena, ale też prestiż i innowacyjność, robot może być kartą przetargową. Ale jeśli sprzątasz klatki schodowe albo małe biura, to równie dobrze możesz inwestować w złoty mop – efekt ten sam.
Argumenty „za” i „przeciw”
„Za”:
- redukcja kosztów pracy,
- powtarzalna jakość,
- efekt „wow” u klienta,
- łatwiej wygrać duże kontrakty.
„Przeciw”:
- gigantyczny koszt wejścia,
- drogi serwis,
- nadal potrzebujesz ludzi,
- ryzyko technologiczne.
Maszyny autonomiczne – przyszłość czy moda na chwilę?
Nie mam złudzeń: branża sprzątająca zmierza w stronę automatyzacji. Pytanie tylko, czy już dziś warto wydawać 150 000 zł na maszynę, która czasem bardziej przypomina luksusowy gadżet niż realne narzędzie pracy. Dla wielkich graczy – tak. Dla mniejszych – ryzyko zbyt duże. Być może prawdziwy przełom nadejdzie, gdy zamiast kupować, będziemy roboty po prostu… wynajmować. Wtedy automatyzacja stanie się standardem, a nie snobizmem.
Zapisz się na nasz newsletter!
Jeżeli podobał Ci się artykuł i chcesz być na bieżąco informowany o nowościach w serwisie informacyjnym Branży Czystości, zapisz się do naszego Newslettera TUTAJ!








